Pierwsze wrażenia!

Pierwszego dnia w pracy moja szefowa do obiadu chciała mi kupić dwa drinki; koniecznie jakiś alkohol! Przeczytała w Internecie, że Polacy i Rosjanie zamiast wody piją piwo, bo wiadomo, tam jest tak zimno i ludzie muszą się rozgrzać. Chyba za wcześnie wyprowadziłam ją z błędu :<

Ale że co Ty tam robisz dokładnie?

Codziennie budzę się jeszcze przed piątą rano. Z jednej strony wciąż męczy mnie jet lag, z drugiej to nowa rzeczywistość i te wszystkie dźwięki, z którymi nigdy nie miałam styczności w takiej skali.

Przed świtem (tutaj 4:45 rano):

A od świtu do zmierzchu (tutaj jakaś 5:40):

Byłam przygotowana na kilka, kilkanaście minut modłów, ale czegoś tak głośnego i długiego (zwykle ponad 40 minut) się nie spodziewałam. Co ciekawe, niektórym Indonezyjczykom szalone wzmacnianie call to player również przeszkadza.

Zastanawiam się, jak to wyglądało na samym początku, w 1930 roku. Wtedy rozpoczęła się tradycja polegająca na wykorzystywaniu w meczetach głośników. Czy modły były pierwotnie słabo słyszalne, nieśmiałe, nie chciano przeszkadzać ludziom? Czy w miarę jak coraz więcej meczetów w okolicy wykorzystywało tę technologię, zaczęła się rywalizacja i stopniowe pogłaśnianie? Aż do oskarżeń o zanieczyszczanie hałasem? Pozostaje mi się do tego przyzwyczaić lub ogłuchnąć.

Wychodząc przez główne drzwi z mojego pokoju od razu znajdziesz się na dziedzińcu. Wiele osób wynajmuje tu pokoje, zawsze coś dzieje, ktoś chodzi, rozmawia, śmieje się, bawi z kotami lub po prostu siedzi paląc papierosa. Lubię tę atmosferę. Po prawej stronie, tuż za płotem, znajduje się spora kurza ferma. Tego bardzo nie lubię.

Chcąc wyjść na ulicę trzeba przejść przez trzy bramy, każdą zamykać za sobą, w tym jedną środkową dodatkowo na wielką kłódkę. Dba się tutaj o bezpieczeństwo. Do pracy mam piechotą dziesięć minut. W Dżakarcie to wspaniała sytuacja, bo przez wieczne korki dojazd gdziekolwiek jest męczący i bardzo długi.

Moim sąsiadem jest bardzo bogaty i znany w Depoku prawnik. Jest też fanem pewnego zespołu.

sasiedzi

W tym mieście nie ma chodników, więc idąc pierwszego dnia do pracy prawie wpadłam pod motocykl. Znaczy, tak mi się wydawało, ale kierowca nawet nie mrugnął. Szkoła językowa, w której pracuję ma idealną lokalizację – mieści się w centrum handlowym. Mijam parkingowych, ochronę i McDonalds’a. Mam na sobie elegancką sukienkę, jedyną jaką wzięłam. Jest naprawdę ładna, trochę nie pasuje do wysłużonych sandałów, ale w plecaku znalazło się miejsce jeszcze tylko na japonki i adidasy. Niestety, o obowiązującym dress codzie dowiedziałam się będąc już w Dżakarcie.

Czekam na Panią M. pół godziny. Wcześniej zaprowadza mnie do mojego biurka, gdzie będę pracować razem z kilkunastoma nauczycielami angielskiego. To pokój nauczycielski. Nauczyciele przychodzą za dwie godziny, o 11, a lekcje zaczynają przeważnie o 15. Tych kilka godzin jest im potrzebnych na przygotowanie zajęć, sprawdzenie testów i prac domowych. W szkole uczy się sporo dzieci, więc pokój wypełniają puzzle, rysunki i kolorowe kartki.

A jak nowi znajomi z pracy?

Zabawni, mili i uprzejmi. Mówią po angielsku!

Co za ulga móc z kimś porozmawiać bez korzystania z tłumacza Google. Nasza rozmowa zwykle wygląda tak, że rozmawiamy na konkretny temat, potem klik, przełączają się na indonezyjski i komentują pewne rzeczy między sobą. Potem klik, znowu mnie włączają przechodząc na angielski. O czym rozmawiają w swoim języku? Szybki komentarz, zdanie nieprzetłumaczalne na inny język, wytłumaczenie komuś niezrozumianej kwestii? Nie wiem. Hennah, moja opiekunka z AIESEC, już na początku dnia ostrzegła mnie, że tak po prostu będzie.

A szef? Obowiązki?

Spodziewałam się tradycyjnej stażowej pracy, a dostałam znacznie więcej. W firmie nie było dotąd osoby stricte odpowiedzialnej za marketing, wszystko trzeba zbudować od początku.

Pomyśl przez chwilę o tym jak powinna wyglądać businesswoman. Potem dodaj do tego lekko azjatycki wygląd, angielski z nikłym obcym akcentem i co dość nietypowe, sporą dawkę ciepła. To M., moja szefowa. Po paru dniach mogę szczerze przyznać, że jest najlepszym szefem jakiego miałam.

Chociaż pierwsze spotkanie wcale na to nie wskazywało. „Wyglądasz inaczej niż na zdjęciu. Spodnie są okay, ale T-shirtów raczej nie nosimy tutaj do biura”.

Po prawie 40 godzinach podróży pojechałam odebrać klucze do mieszkania, nie było innej opcji żeby pokazać się inaczej. Nawet nie chcę wiedzieć, co pomyślała o mnie i moim wydukanym angielskim spowodowanym problemami z koncentracją.

Chyba udało mi się zmienić to pierwsze wrażenie, ale to już inna historia. Do usłyszenia 🙂

Fajne? Przybij podróżniczą piątkę:

Podobne teksty